Dla jednych trash talk to upadek sportowych wartości, innym daje więcej rozrywki niż to, co dzieje się w oktagonie. Obrażanie rywali przeszło długą drogę, która zaczęła się od deklaracji uczenia manier za pomocą pięści, przez wbijanie szpilek i szydzenie, aż po szokujące deklaracje dotyczące tego, jak bardzo uszkodzi się rywala. 

Czy trash talk można wynieść do rangi sztuki i gdzie są jego granice? Sprawdźmy.

Atmosfera wokół walki Jorge Masvidala i Colby’ego Covingtona była bliska wrzenia. Dawni przyjaciele nie ukrywali wzajemnej niechęci. Mówiąc krótko – było jasne, że wszelkimi możliwymi środkami będą starać się zrobić sobie nawzajem krzywdę w oktagonie.

“Mam zakopać topór wojenny z kryminalistą, złodziejem i szumowiną? Nigdy. Będzie musiał opuścić Miami” – powiedział Covington, a potem zdeklasował Masvidala w oktagonie. Nawet po pięciu rundach widać było, że “zła krew” nie zniknęła. Kilkanaście dni później doszło do kolejnej odsłony starcia. Tym razem na ulicy, bez sędziów.

Trash talk Covingtona wywołał wściekłość Jorge Masvidala - MMANIAK Blog

Masvidal znalazł Covingtona w restauracji, a wszystko zakończyło się interwencją policji. Nie chodziło tu jednak o chęć rewanżu po porażce – Covington (który miał w wyniku starcia stracić ząb) obrażał Masvidala, twierdząc, że ten okłamuje swoje dzieci, nie płaci alimentów i jest leniwym ojcem. Nie był to pierwszy raz, kiedy jechał po bandzie – to od lat jedna z najbardziej znienawidzonych postaci w świecie sportów walki.

Nie miał skrupułów, by obrażać byłych kolegów czy nazwać Brazylijczyków “brudnymi zwierzętami”. Można tylko domyślać się, ilu zawodników i kibiców po prostu ucieszyło się z tego, co zrobił Masvidal i dokąd trash talk zaprowadził “Chaosa”. 

‘Nie przekraczam granicy. Stawiam na niej palce, ale jej nie przekraczam. Są pewne bariery, których po prostu się nie przechodzi. Nie mówi się o religii, nie mówi się o kolorze skóry. To coś, czego nigdy nie zrobię” – przyznał Covington w jednym z wywiadów. 

Ta historia będzie punktem wyjścia. Czy trash talk towarzyszy sportom walki od zawsze? Czy to tylko tani sposób promocji zawodników? Ile w nim prawdy, a ile pozy?

Zaczynajmy.

Jeśli ktoś myśli, że historia trash talku jest stosunkowo krótka, to może się zdziwić. 

Cofnijmy się do drugiej połowy XIX wieku do USA, kiedy to legendarny bokser John L. Sullivan przyznał jasno, że byłby w stanie “zlać każdego sukinsyna w okolicy”. Buńczuczne, ale prawdopodobnie prawdziwe – “Boston Strong Boy” był wówczas jednym z najlepszych pięściarzy na świecie.

W Anglii w pojedynku pomiędzy słynnego Bendigo i jego największym rywalem, Benjaminem Cauntem, ten pierwszy miał do tego stopnia ubliżać drugiemu, że został znokautowany… w przerwie między rundami. Z racji na specyfikę sportów walki, rywalizacja czasem łączy się ze wzajemną niechęcią, pewność siebie gra wielką rolę, a zawodnicy nie szczędzą sobie razów także w sposób bardziej wyrafinowany niż ciosy zadawane pięściami…

“Nie spotkam się z tobą w ringu, bo nie masz nazwiska i nie przyciągniemy publiki. Ale mogę zejść z tobą do piwnicy, zamknąć drzwi od środka na klucz, a ten, który wyjdzie na górę, będzie mistrzem” – mówił Jim Jeffries, były mistrz, który wznowił karierę po to, by zdetronizować siejącego popłoch wśród rywali czarnoskórego Jacka Johnsona. Skończyło się to dla niego fatalnie.

“Little Arthur” (taki pseudonim nosił Johnson) bawił się z byłym czempionem między linami, drwił z niego na oczach kilkudziesięciu tysięcy ludzi, nazywając go “Panem Jeffem” (co w 1910 roku w posegregowanej rasowo Ameryce miało jasny wydźwięk). Krzyczał też do reporterów, co powinni napisać do jutrzejszych gazet, a na koniec posłał Jeffriesa na deski. Wszystko skończyło się zamieszkami na tle rasowym.

Stosowanie bandaży bokserskich w sportach walki

Rewolucję jeśli chodzi o to, jak podkręcać atmosferę przed pojedynkami, przyniosła największa legenda boksu. Mowa oczywiście o Muhammadzie Alim. Jego postawa na początku kariery nie zrobiła z niego ulubieńca tłumów.

Kiedy obrażał Sonny’ego Listona przed walką o swój pierwszy pas, ówczesny mistrz stwierdził, że “Clay potrzebuje lekcji dobrych manier. Może pomogę mu w tym, kiedy go stłukę”. Okazało się jednak, że przyszła ikona pięściarstwa dysponuje czymś znacznie więcej niż tylko słowa. W 1964 roku udowodnił to Listonowi, sięgając po pierwszy mistrzowski pas.

“Zleję go tak, że będzie potrzebował łyżki do butów, żeby założyć kapelusz”

W latach sześćdziesiątych w świecie sportu nie było nikogo, kto budziłby tak skrajne emocje jak Ali. Umiejętności w ringu szły w parze z byciem showmanem, operowaniem słowem z precyzją chirurga i zdolnością do porywania tłumów. W słownych przepychankach nikt nie mógł się z nim równać. Nawet po kilkudziesięciu latach niewielu zbliża się do niego.

“Jestem Ameryką. Tą częścią, której nie poznajesz. Ale przyzwyczaj się do mnie. Czarny, pewny siebie, zarozumiały. To moje imię, nie twoje, moja religia, nie twoja, moje cele. Przyzwyczaj się do mnie”

“Mocowałem się z aligatorami, biłem się z wielorybami, zabiłem skałę, uszkodziłem kamień, wysłałem do szpitala cegłę. Jestem tak zły, że sprawiłem iż lek zachorował” – to tylko dwa przykłady, które w połączeniu z charyzmą boksera dobitnie to potwierdzają. A co serwował rywalom? To było coś nowego – łączenie kreatywności w korzystaniu z obelg, zaczepności i podkreślania swoich umiejętności.

“Jeśli kiedyś marzyłeś o tym, że mnie pokonasz, lepiej obudź się i przeproś”, “Zleję go tak, że będzie potrzebował łyżki do butów, żeby założyć kapelusz”, “Liston? Jest za brzydki, żeby był mistrzem świata. Mistrz powinien być przystojny jak ja” – to tylko kilka z jego tekstów.

“Chcę zjeść jego dzieci”

Trash talk to znacznie więcej niż tylko obrażanie. Generuje emocje, potrafi zdeprymować rywala przed walką, robi szum wśród kibiców, może podnieść wartość zawodnika. Przede wszystkim jednak na przestrzeni lat odkryto, że istnieją sposoby, żeby przełożyć słowną szermierkę (choć w niektórych przypadkach można by raczej mówić o dźganiu odwróconego przeciwnika nożem w ciemnej uliczce) na pieniądze.

 

Niektórzy zapominają jednak o jednym – jeśli kogoś wyzywasz, czujesz się pewnie i nie boisz się odgrażać, czego to nie zrobisz w starciu… musisz być gotowy poprzeć to czynami. A co może być bardziej satysfakcjonujące niż oglądanie zwycięstwa naszego faworyta w walce z kimś, z kim miał na pieńku? Odpowiedź jest prosta – upadek kogoś znienawidzonego, kto zwyczajnie zasłużył na lanie. Sprawiedliwość.
Stosowanie bandaży bokserskich w sportach walki

Jak Ricardo Mayorga, który w 2006 roku na konferencji prasowej obrażał rodzinę Oscara de La Hoyi, zresztą w sposób karygodny. Wbijanie szpilek i żartowanie z kogoś to jedno. To, co robił pięściarz z Nikaragui, było czymś więcej. Ale właśnie dzięki temu wygrana De La Hoyi była tak kapitalna. To nie była po prostu walka – wszystko stało się osobiste. A to coś, co chcą zobaczyć ludzie – klasyczny przykład pojedynku bohatera i czarnego charakteru.

David Haye pozował w koszulce z grafiką przedstawiającą jego samego, trzymającego odcięte głowy braci Kliczko. Floyd Mayweather przed walką z Mannym Pacquiao mówił, że zrobi mu rolkę sushi, którą ugotuje z kotami i psami. Mike Tyson szokował, mówiąc, że chce wyrwać serce Lennoxowi Lewisowi i zjeść jego dzieci (inna sprawa, że wówczas Lewis nie dorobił się jeszcze potomstwa). Tyson Fury rozjeżdżał właściwie każdego ze swoich rywali, obrażając na żywo i w mediach społecznościowych.

Świat MMA poszedł nieco inną drogą, gdzie trash talk na wyżyny popularności wzniósł Conor McGregor.

Stosowanie bandaży bokserskich w sportach walki

“Nie wyjdzie z klatki o własnych siłach”

Czasami to tylko biznes, innym razem w nienawiści nie ma ani cienia fałszu. Tak jak w przypadku Rampage’a Jacksona i Rashada Evansa, którzy starli się na gali UFC w 2010 roku. Obaj panowie niczego nie udawali, a oprócz sportowej klasy to właśnie wzajemna niechęć doskonale sprzedała walkę. Podobnie było w przypadku starć Tito Ortiza z Kenem Shamrockiem, Brocka Lesnara z Frankiem Mirem czy pojedynku Liddell – Ortiz.

Nową epokę w dziejach trash talku w MMA właściwie w pojedynkę otworzył Chael Sonnen. Amerykanin przekroczył granicę w momencie, kiedy postanowił werbalnie zaatakować Andersona Silvę, mierząc w odebranie mu mistrzowskiego pasa. 

“Powiedzcie Silvie, że wejdę do jego domu razem z drzwiami, klepnę w tyłek jego żonę i powiem jej, żeby usmażyła mi stek, średnio wysmażony, taki jak lubię” – stwierdził. Brazylijczyk nie pozostał mu dłużny. 

“To przestępca, nie zasługuje na to, żeby być w oktagonie. Kiedy przyjdzie czas, zamierzam wybić mu zęby, będzie musiał odszczekać wszystkie te słowa, które o mnie powiedział. To koniec żartów, koniec gadania. Zrobię coś, czego nikt nie widział w tym sporcie. Wybiję mu zęby, połamię ręce i nogi. Nie wyjdzie z klatki o własnych siłach”

To właśnie słowa i nienawiść sprawiły, że na tę walkę czekał każdy fan MMA. Pod sportowym względem pojedynek nie zawiódł, został uznany najlepszym w 2010 roku, ale to Silva niespodziewanie musiał uciekać spod topora – w piątej rundzie uratował się duszeniem trójkątnym nogami.

Chael Sonnen - Anderson Silva - MMANIAK Blog

Sonnen przez lata potwierdzał, że trash talk może wznieść rangę całego wydarzenia na inny poziom. Amerykanin spotykał się z różnym odbiorem przez kibiców, ale doskonale wiedział, jak grać w tę grę – zawsze był barwny, chwytał się wszystkiego, co mogło przynieść mu zainteresowanie lub reakcję fanów i… po prostu irytowało przeciwników. Amerykanin mieszał bezczelność z pewnością siebie, był wygadany i dobrze radził sobie przed kamerami. Ksywka “American Gangster” nie wzięła się znikąd.

Nie upłynęło dużo czasu, a możliwości trash talku zaczęli wykorzystywać kolejni zawodnicy, wykorzystując wzrost zainteresowania UFC, rozwój mediów społecznościowych i to, że silne emocje, konflikty i przepychanki potrafią sprzedawać walki.

Czy trash talk ma granice?

Przez lata przekaz, który płynął od największej organizacji MMA na świecie, klarował się coraz bardziej – trash talk został elementem gry, specyficzną umiejętnością, której do końca nie można przeliczyć na pieniądze. Faktem jest jednak to, że to, co zawodnicy pokazują w oktagonie, to tylko jedna ze składowych finansowego sukcesu. Aby można było mówić o kompletnym zawodniku, musi pójść za nim marka, osobowość, zdolność do wzbudzenia emocji i zjednania sobie fanów. Same zwycięstwa tu nie wystarczą, z prostego powodu – ludzie szukają postaci charakterystycznych i barwnych. To też pojedynki, które czasem przypominają uliczne spięcia, w których cwaniactwo, szybka riposta, konkret i pewność siebie potrafią skutecznie zniechęcić drugą stronę.

Czy trash talk i zakładanie odpowiedniej “maski” mogą wystarczyć, żeby wyrobić sobie markę i przenieść swoją karierę na wyższy poziom? W niektórych przypadkach na pewno.

Czy bracia Diaz byliby tak kultowymi postaciami, gdyby skupić się tylko na umiejętnościach walki i wynikach? Czy Conor McGregor byłby znany na całym świecie bez całej otoczki, którą budował przez lata? Irlandczyk jest idealnym przykładem tego, jak trash talkiem można trafić do milionów ludzi i wzbudzić w nich emocje. Jego konflikty z innymi zawodnikami i riposty z ubiegłych lat stały się kultowe.

“Po prostu pokaż się na walce. Nie chcę już go straszyć, jest sparaliżowany z przerażenia i wcześniej uciekł. Dlatego robię to inaczej. Przytulę go, zaopiekują się nim, będę szeptał mu słodkie teksty, powiem mu, że wszystko będzie w porządku. Szybko będzie po sprawie” – mówił przed walką z Jose Aldo. Znokautował Brazylijczyka w 13 sekund.

Nate i Nick Diaz - Granice Trash talku - MMANIAK Blog

Trash talk stał się nieodłącznym elementem MMA. Gdzie są jego granice? Nie można jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Trzeba pamiętać o tym, że w dużej mierze jest to część show, pewna konwencja, granie na emocjach, podkręcanie atmosfery, szokowanie. Czasem powiedzenie za dużo to wypadkowa złej krwi między zawodnikami, źle dobranego momentu, słowa, przesadna chęć zaszokowania publiki.

Wydaje się, że całe zjawisko świetnie podsumowała Ronda Rousey, zawodniczka, która także nie oszczędzała rywalek.

“Najważniejszą rzeczą jest to, kiedy walka stanie się czymś osobistym także dla kibiców. Kiedy stają po jednej ze stron, grupa znajomych ogląda walkę, część jest za jednym zawodnikiem, część za drugim, stoi za nią jakaś historia, a ludzie kłócą się o to, kto wygra. Wtedy nie chodzi już o samą walkę, a o to, kto w salonie ma rację. To trash talk sprawia, że walka przenosi się tam i staje się czymś osobistym. Kiedy jesteś na stadionie i kibicujesz, a ktoś obok ciebie buczy, będziesz kibicował tak, żeby być głośniej od niego. Ja nie wchodzę w to, żeby dawać aplauz. Wchodzę w to po hałas i wpływ, który mogę mieć”.

Ze sportowym pozdrowieniem,
Paweł Słójkowski
Zespół MMAniak.pl